Dzień pierwszy, Ponte Di
Legno, Włochy
O pierwszym dniu chciałem już napisać wczoraj, stan podekscytowania sięgną zenitu oczywiście w przeddzień jazdy, w środku nocy, kiedy był czas na spanie. Na szczęście pobudka była przyjemnym, naturalnym procesem oczekiwania na białe szaleństwo. Przyznam się szczerze, że teraz pisze to już po całym dniu śmigania, siedmiu godzinach na idealnie przygotowanej trasie, po stoku zalanym promieniami słońca, w 15 stopniach Celsjusza. Bajka, po prostu BAJKA to, co się tam dzisiaj działo. No może mnie trochę poniosło, bo niby skąd mam wiedzieć, że było akurat 15 stopni, przecież nie worzę ze sobą termometru!.
Fisiowanie na krawędzi narty karvingowej na pełnej kicie… to było to, o czym śniłem od ostatniego wypadu w góry DWA LATA TEMU!!!. Od dwóch lat zamykałem oczy i widziałem siebie na nartach. Ach, cudowne uczucie!.
Poza tym ludzie są tu bardzo mili, widać, że słońce i przepiękne widoki sprzyjają sympatycznej atmosferze. Kogo nie mijałem wołał do mnie „piano”, z początku myślałem, że to pozdrowienie albo na przykład słowa uznania po włosku, coś w stylu: „O! Patrzcie jak ładnie śmiga”;) Okazało się potem, że „piano” znaczy „wolniej”. Hehe, jak chcą jeździć wolniej, niech jeżdżą, tylko, po co mi o tym mówią!? :D.
Jutro startuję o 7.30, nie będę dłużej tolerował amatorów, którzy niszczą mi przygotowane przez ratraki trasy narciarskie ;). Będę tam po prostu pierwszy :D.
Gorąco pozdrawiam z wakacji ;)