Dzień drugi właśnie się zakończył. Rozegrano dotychczas 4 wyścigi w słabym wietrze ( ok. 3 Beauforta). Wczoraj, po dwóch pierwszych biegach byłem naprawdę bardzo zadowolony. W pierwszym wyścigu po wygranym starcie, pożeglowałem w dobrą stronę na pierwszej halsówce, byłem 10 na boi, w trakcie wyścigu spadłem 4 miejsca, ale pod koniec zdołałem odzyskać jeszcze 3, ostatecznie kończąc na 11 pozycji. Drugi wyścig był po prostu fenomenalny. Po starcie, okazało się, że otoczony jestem przez dwóch innych zawodników… Pont i Myszek, moi koledzy z kadry „lecieli” ze mną pod brzeg. Cała grupa powoli uciekała do czystego wiatru. Nasza trójka swobodnie i konsekwentnie żeglowała po dobrej stronie trasy. Kiedy zapytałem po wyścigu Ponta, co czuł na pierwszej boi, kiedy praktycznie 3 polaków na pierwszych trzech miejscach się spotkało, odpowiedział: no czułem się jak w Pucku na Mistrzostwach Polski”. Ja też byłem zaskoczony, ale to, że byli to Polacy nie miało dla mnie większego znaczenia. Jesteśmy kumplami na brzegu, ale na wyścigu każdy walczy o swoje. Ostatecznie, po niesamowitej walce ukończyłem ten wyścig na 3 miejscu przegrywając tylko z Myszą i Włochem. Pont zajął 4 pozycję. Tak było wczoraj. Dzisiaj także rozegrano 2 biegi. W pierwszym po dobrym starcie wszedłem na pierwszy znak na 6 pozycji. W trakcie wyścigu straciłem jedno miejsce. Co prawda można było tego uniknąć, ale wiem to dopiero teraz, kiedy wyścig się skończył. Tak czy inaczej siódme miejsce to bardzo dobry wynik. Po tych trzech biegach ogólnie byłem 10. Czwarta, ostatnia „gonaka” dnia rozpoczęła się naprawdę fenomenalnie. Po dość słabym starcie, wystrzeliłem na czysty wiatr nie zmieniając koncepcji. Zrobiłem dwa zwroty i z powrotem wróciłem do gry. Na górnej boi byłem 6. Pomyślałem sobie wtedy: „Max, super, teraz już nic cię nie powstrzyma”… Myliłem się, po mecie jeszcze też nic nie przeczuwałem. Skończyłem wyścig na 8 miejscu, zadowolony dopłynąłem do brzegu i wtedy dopiero, zupełnie przez przypadek, spotkałem starego znajomego. Chłopak z Belgii już od dawna się nie ściga, pracuje jednak jako pomoc do regat. Niósł akurat wyniki i zamiast mi pogratulować, spojrzał na mnie współczująco i powiedział: „POL 729?, I Am afraid I have bad news for you… You had an BFD In the last race. To nic innego jak falstart, zbyt wczesne przekroczenie startu bez możliwości naprawienia swojego błędu. W tym przypadku nie miało to znaczenia, bo tuż po starcie nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogę mieć falstart!!. Na początku mówiłem sobie, że to nie możliwe. Słowo „nie” powtórzyłem w myślach chyba z tysiąc razy. Po zaprzeczeniu przyszedł żal i bezsilność. Wezwanie do boga… standard, i wzburzenie po braku odpowiedzi. Jak to, ja, falstart?, krótka retrospekcja całego przebiegu startowej procedury. Była jeszcze jedna osoba nade mną w momencie rozpoczęcia wyścigu. Ostatnia szansa, pomyślałem. Jeżeli tylko ja mam falstart a on nie, to coś tu jest nie tak. Poszedłem do Greka, zapytałem go, czy to możliwe żebym miał falstart. On na to: „ja miałem, to i tak nie ma znaczenia, lecę do Grecji, na tych regatach i tak już nic nie zdziałam”. Tylko ja i on zostaliśmy złapani, on odpuścił, ja muszę się z tym zmierzyć, bo dla mnie jutro kolejne wyścigi. Do tego momentu nie popełniałem zbyt wielu błędów. BFD to jak policzek, jak błyskawica z samego nieba. Tak, teraz się okaże, z czego jestem zrobiony. Jutro runda 3, krwawię, ale jestem daleki od nokautu;).
Trzymajcie za mnie kciuki,
Max