top2 strona-glowna
31.05.2008

 

"Rzeźnia - część trzecia", tak bym nazwał to, co się dzisiaj działo. Na początku przywitało nas niebezpieczne 5 węzłów; wyszliśmy na wodę... tylko dzięki temu, że założyłem z rana soczewki, tuż przed wyścigiem zobaczyłem w oddali górną bojkę. Jasnym się dla mnie stało, że ta "gonka" za szybko się nie skończy. No i zaczęło się: procedura, start… wszedłem na boję siódmy. Spompowałem 2 kolesi na pierwszym pełnym i tak już do mety. Przez kolejne 40 minut (po dziesięciu już przepompowanych) leciałem, jak po sznurku. Nic więcej nie wydarzyło się, prócz tego, że zostawiłem trochę krwi na bomie i śliny na desce. Nie ma sensu pisać, jak wspaniale się przy tym bawiłem, bo każdy miał te same odczucia. Dookoła mnie było słychać śmiechy i radosne okrzyki innych zawodników, równie rozentuzjazmowanych co ja. Po prostu impreza na całego. Dokładnie po 52 minutach wpadłem na metę, dziękując Dzieciątku Jezus, że pierwszy zawodnik zmieścił się w 50 minutach, bo inaczej wyścig nie zostałby uznany ( takie są przepisy i limit długości trwania wyścigu;) ). Fart!!!! No ale super że się udało. Drugi wyścig dnia trwał 20 minut. Trudno powiedzieć dlaczego skoro wszyscy mieliśmy „taki ubaw" przy pierwszym. Poszło szybko, Pont bez zmrużenia oka pojechał mnie na ostatnim baksztagu do mety. To była taka wisienka na zakończenie dnia. Sędzia przetrzymał nas jeszcze 2,5 godziny w porcie z „nadzieją” na kolejny wyścig, ale jak zobaczył tą bryndzę z wiatrem, wymiękł i nie zrobił nam kolejnego funrejsu;). Świetna zabawa…zostaję do środy!