top2 strona-glowna
08.12.2008

Po ciszy radiowo-internetowej.

Bynajmniej nie skończyłem z windsurfingiem, choć przyznam szczerze, że przez to, iż nie dostałem się do kadry olimpijskiej ( która jest zawsze tworzona na bazie uzyskanych wyników w poprzednim roku, tu mowa oczywiście o 2008, który dla mniej obeznanych, zaraz się kończy ) moja dalsza kariera stała przez chwilę pod znakiem zapytania. Oczywiście tylko przez chwilę, bo musiałoby mi chyba urwać nogę albo głowę… no cóż, zawsze byłyby igrzyska dla niepełnosprawnych… ale zupełnie nie o tym, znowu trochę mnie poniosło. Wracam do punktu wyjścia, co się takiego działo o czym nie pisałem. Muszę się przyznać, że punktem zwrotnym w relacjach (niech będzie, że bardziej w ich braku) była totalna amatorka, którą odstawiłem, będąc na Mistrzostwach Polski w RS:X we wrześniu. Aż głupio mi było i jest pisać o tym, że będąc w trakcie tych regat, walcząc o 3 miejsce,  nie dopełniłem wszystkich papierkowych formalności na samym początku zawodów. Po krótkim spotkaniu z komisją protestową zostałem zdyskwalifikowany z dotychczasowej rywalizacji z zakazem uczestnictwa w dalszej części regat. Chciałoby się powiedzieć, że bywa i tak, chciałoby się, ale się nie mówi, bo byłem jedynym chyba takim przypadkiem w historii polskiego windsurfingu. Nie wiem co się w takich sytuacjach mówi, czy pisze na blogu, ale wiem co zrobiłem tuż po usłyszeniu werdyktu… jak najszybciej zapakowałem wszystkie swoje graty do torby i wróciłem pierwszym lepszym pociągiem na urodziny mojej półwiecznej cioci. I tak jak na regatach czułem oskarżycielskie pogardliwe spojrzenia wszystkich zainteresowanych, tak na rodzinnej imprezie znowu poczułem się jak w domu, nie musiałem się już mierzyć z dobrymi radami na przyszłość, tłumaczyć i rozpatrywać przypadków „co by było gdyby”. Tak, to był dość duży policzek i nauczka na przyszłość.

To był wrzesień, potem był październik;), który minął pod hasłem: co tu zrobić, żeby zaliczyć 5 i 6 semestr z trzeciego roku, z tajnym planem zaliczenia pierwszego semestru z 4go i 5go roku na Gdańskim AWFiS. Tym, którzy uznają ostatnie zdanie za skomplikowane i mało zrozumiałe, chcę powiedzieć, że sam jeszcze tego nie rozszyfrowałem, a przypominam, że mamy już grudzień;). Listopad był trochę bardziej płodny i przyjemny. Oprócz paru upolowanych wpisów i zaliczeń na uczelni, w wolnym czasie uczęszczałem na treningi judo i uczelnianego hokeja (czemu nie na desce?..., nie wiem dlaczego, ale przestałem odczuwać przyjemność z treningu na wodzie w temperaturze 10 bądź mniej stopni Celsjusza). Judo to sport, który kiedyś uprawiałem mając 14 czy 15 lat, ale w pewnym momencie musiałem podjąć decyzję, czy być mistrzem świata w judo, czy może w windsurfingu…jak widzicie wybrałem deskę z żaglem i nigdy nie żałowałem tej decyzji. W wolnym jednak czasie lubię się z kimś pobić na macie, założyć jakieś duszenie, dźwignię albo rzucić kogoś na plecki. Mniej lubię jak jakiś spocony pan chce i robi to o czym wspomniałem  mi, no ale co tu robić, coś za coś. Ostatnio nawet zostałem wystawiony do międzyuczelnianych zawodów „zielonego pasa”. To oznacza nic innego jak tylko możliwość startu pod warunkiem, że ma się nie wyższe umiejętności jak osoby 3go KYU, czyli zielonego pasa oraz jest się studentem. ( w judo jest biały(VI KYU), żółty(V KIU), pomarańczowy(IV KIU), a następnie zielony pas, potem już tylko niebieski, brązowy(I KYU) i czarny - tzw. I DAN). Przed zawodami miałem żółty pas, ale trener judo powiedział, że jak je wygram to awansuję na zielony. I jak obstawiacie, że wygrałem czy, że przegrałem? Tego dowiemy się w przyszłym odcinku :P.

To był listopad, a po nim był…jest już grudzień. I kto mi powie, że czas nie leci jak dziki? Wczoraj zacząłem zgrupowanie kondycyjne w Zakopanem. I powiem wam, że nie ma nic piękniejszego niż nasze góry. Byłem już w tylu miejscach, ale zawsze z prawdziwą przyjemnością powracam, czy to do Zakopca czy Szczyrku, obojętnie czy jest już śnieg czy jeszcze jest zielono. To górskie powietrze, przestrzeń, jak już się stoi na szczycie i spokój, który towarzyszy mi po osiągnięciu mojego celu. To fajne uczucie;)

Polecam i pozdrawiam,

Maksymilian Wójcik :P

P.S zapomniałem, że dziś był przepiękny 3,5godzinny marszobieg po górach, na szczycie których czekała na mnie mgła ograniczająca widoczność do mnie i kolegów oddalonych o 10 metrów, aha, jeszcze wieczorem naprawdę wzruszający godzinny basen gdzie bawiliśmy się w „kto wygra kolejne 50 metrów” ;), normalnie taka impreza…że boki zrywać. Morał z tego taki, że na niektóre przyjemności trzeba nam czasami trochę poczekać ;).