12-15.12.2008
12.12.2008
Jeszcze tylko 4 dni, do zakończenia walki z własnymi słabościami, nie mogę się już doczekać momentu, w którym otwierając oczy nie powiem: „ tylko nie znowu ten zimny basen”, albo „jeszcze tylko marszobieg i będzie obiad”, czy też „ostatnia już dzisiaj, a tym samym najnudniejsza w moim życiu godzina trenarzerów i do wyrka”. Nie jestem w stanie przekazać wszystkich pytań o sensowność, opłacalność czy skuteczność mojego treningu, pytań, którymi moje leniwe i wątpliwe „ja” atakuje mnie podczas chwili słabości, bólu czy porażki.
14.12.2008
Kolejny dzień, nie wiem dlaczego, ale obciążenie treningowe jest coraz większe. Trenuję dłużej i intensywniej, co przekłada się na zmęczenie i narastające problemy z mobilizacją do wysiłku. W sumie dzisiejszy dzień mógłbym zamknąć w 3 słowach, od rana wyglądałoby to następująco: trening --> jedzenie --> spanie --> trening --> jedzenie --> spanie --> trening --> jedzenie --> trening --> spanie, gdzieś pomiędzy jest jeszcze toaleta, ale nie będę w tym temacie wdrażał się w szczegóły ;). Po każdym z treningów staram się „pójść w kimono”, choćby miałoby to trwać tylko 15-20 minutek. Robię tak nie dlatego, bo uważam, że tak zdrowo, po prostu po wejściu do pokoju widzę tylko i wyłącznie tunel, na końcu którego jest wyrko i te miękkie podusie. Marzę o nich po każdym 3godzinnym marszobiegu, po każdej jeździe na trenarzerze, czy po treningu na basenie. Ta niesprawiedliwa walka z samym sobą, kończy się właśnie w tym ciepłym kątku mojego pokoju. Potrzebuję parę minut, żeby zapomnieć o wszystkim. Niestety wszystko, co dobre zawsze się kończy zbyt szybko. Zazwyczaj kolega z pokoju budzi mnie i oznajmia, że mam 5 minut, żeby wziąć się w garść, opanować szlochanie, przestać przeklinać pod nosem i zebrać się na kolejny trening. Nie lubię tej chwili, nie dość, że całe spanie, choćby nie wiem jak długie, mija mi jakby to była chwilka, to jeszcze ta cieplusia kołderka, którą muszę opuścić, zawsze wydaje mi się to równie bezsensowne jak zostawiać za sobą butelkę wody na pustyni. Do tego dochodzi ból kolana i achillesa, nic poważnego, ale przy każdym kroku jest to trochę męczące. A kropelka do kropelki i mamy deszcz… nie powiem jaki, bo nie wiem czy aniołki maczały w tym palce…(nawiązuję tu do filmu pt. "Chłopaki nie płaczą") Na szczęście znam rozwiązanie, które uśmierza wszystkie moje dolegliwości, mowa tu oczywiście o technice BNB, czyli nic innego jak ból na ból. Pomaga;).
Tak czy inaczej jest ciężko, a ma być jeszcze gorzej. Ale to ostatnie 2 dni zgrupowania, a kto ma je wytrzymać jak nie ja?. "Bo w życiu trzeba być rekinem… jak Jarek, on jest rekinem,… i obrotny też jest…"( cytat z filmu "Chłopaki nie płaczą")
15.12.2008
Jeszcze tylko jeden, ostatni dzień i do domu...