Parę dni temu wróciłem z Włoch, gdzie, dla odmiany, brałem udział w obozie zimowym wraz z setką studentów z III roku AWFiS. Uwielbiam jeździć na nartach, dlatego ten obóz miał być odskocznią dla wszystkich moich wojaży. Już pierwszego dnia, zanim się zakwaterowałem, 30 minut po 20godzinnej podróży ubierałem spodnie i buty narciarskie, założyłem narty na bark i ruszyłem podekscytowany na stok. Po paru zjazdach, kolega zabrał mnie do snowparku, miejsca, w którym można skakać z przystosowanych do tego skoczni. Przyznam szczerze, że czekałem, aż ktoś wyskoczy przede mną, bo sam nie miałem pojęcia z jaką prędkością najechać na skocznię, jak się wybić i jak zachować w powietrzu. Najzwyczajniej w świecie obleciał mnie cykor. Ostatecznie po paru minutach kontemplacji zmusiłem się do skoku, chyba tylko dlatego, żeby pokazać, że jestem w stanie to zrobić. Wywaliło mnie parę metrów ponad usypaną przez ratraki skocznię (może 2-3), ale jak tylko pojawiło się lądowanie i podłożę zaczęło się ode mnie jeszcze bardziej oddalać, wydało mi się, że jestem co najmniej 5 metrów nad ziemią. Pewnie można by powiedzieć, że strach ma wielkie oczy, niech i tak będzie. Najważniejsze było to, że nie rozebrało mnie po lądowaniu (czapka, gogle, kask, narty i kije cały czas były przytwierdzone do mnie). Udało się, ulga i zadowolenie z siebie towarzyszyło mi do wieczora, kiedy już w łóżku wyobraziłem sobie, że z takiej skoczni można by wykręcić salto w tył. Samo zobaczenie tego oczami wyobraźni było już ogromnym wyzwaniem i trudem. Serce zaczęło walić jakbym biegł, oddech się przyspieszył a plecy zwilgotniały, tak jakbym stał tuż przed tym najważniejszym skokiem. Wizualizacja trwała kilkanaście minut, a efektem była niepewność i zwątpienie czy kiedykolwiek odważę się by spróbować taką ewolucję, już nie mówię o udanej próbie. Nie pierwszy raz myślałem o takim skoku, odkąd pamiętam, zawsze marzyłem o tym żeby się jednak odważyć, spróbować i wykręcić to salto. Zawsze jednak kończyło się na tym, że nie było wystarczająco czasu, dobrej hopki czy miękkiego śniegu na lądowaniu ( w przypadku gdyby coś miało pójść nie tak). Mijały lata, a ja wciąż myślałem jakby to było. Tamtego wieczoru, obiecałem sobie że spróbuję, nie wiedziałem kiedy, nie miałem też pojęcia jak, ale zrozumiałem, że prędzej czy później będę musiał to zrobić. Nie chodziło o to, że ktoś ma o tym wiedzieć, nie potrzebowałem niczyjej aprobaty (pewnie i tak każdy o zdrowych zmysłach by mi to odradzał) postawiłem sobie po prostu cel, a to przecież nic innego jak zadanie, które wyznaczamy swoim marzeniom. I tylko jedno mogło mnie odwieść od realizacji tego marzenia, strach przed porażką. Obóz zimowy nie był jednak straszny, zajęcia z narciarstwa trwające 7 godzin dziennie, prowadzone były przez człowieka, który sprawiał, że doskonale się bawiłem, a przy tym uczyłem się jeździć na nartach wraz z całą 9osobową grupą. Pan dr Grzywacz na pierwszej zbiórce wymyślił zabawę, „granat”. Zasady były proste, każda osoba z grupy może rzucić jeden granat, krzycząc to słowo tak, by pozostałe osoby słyszały hasło. Na ten okrzyk wszyscy mieli za zadanie się położyć, a ostatni kto tak uczynił, stawiał „napój orzeźwiający” rzucającemu granat. Długo myślałem kiedy rzucić mój granat, żeby okazał się jak najbardziej efektywny i zaskakujący. Dopiero przedostatniego dnia mój drogi kuzyn (jeden z dwóch, którzy byli ze mną na obozie) podsunął mi pewien pomysł, jak można wystrychnąć wszystkich na dudka. Cała akcja zaplanowana została na poranny apel. Ponad stu studentów w półkolu na placu przed hotelem, stało na baczność przed dziesięcioosobową kadrą, profesorów, rektorów, prodziekanów i innych osobistości. Gdy przyszedł czas na ogłoszenia, wystąpiłem na środek placu, głęboko spojrzałem panu dr Grzywaczowi w oczy, on już wiedział co się święci. Miałem lekką tremę, ale na szczęście nie miałem za wiele do powiedzenia, a brzmiało to tak: „przepraszam, mam komunikat do grupy zaawansowanej, UWAGA! – krzyknąłem i w tym samym momencie położyłem się na ziemi, po czym szybko się podniosłem i dokończyłem apel do grupy: „do zobaczenia na stoku”. Hehe, bezcenna była mina mojego prowadzącego, gdy okazało się, że rzucił się na glebę jak dzieciak zupełnie bez powodu. Z resztą cała moja grupa leżała i nie wiedziała czemu:D. Teraz jak o tym piszę, nie rozumiem dlaczego z egzaminu z psychologii dostałem tylko tróję J. Tak, nie padło hasło granat, a i tak było dużo zabawy. Oprócz śmiesznych sytuacji, których nie brakowało, zachowałem wspomnienia o przepięknych górach. Nie mam umiejętności opisywania widoków (poza tym w książkach zawsze omijam takie nudne fragmenty), ale uczucie kiedy o 6.30 rano zdobywałem szczyt jednego z pobliskich stoków, na którym witało mnie poranne słońce… W całej dolinie było jeszcze ciemno, a ja już wtedy mogłem się opalaćJ. To trochę tak jakbym wychodził słońcu naprzeciw, a ono świeciłoby przez tą chwilę tylko dla mnie… to coś wartego zobaczenia i przeżycia. Kiedy już stałem na szczycie czułem ten spokój zmącony tylko świstem wiatru przepychającego się pomiędzy szczytami na horyzoncie. Ten widok zostanie ze mną do końca moich dni.
Dzień za dniem, zbliżałem się do końca obozu. Gdy zostało już tylko parę godzin do wyjazdu, dostaliśmy od Tomka (dr Grzywacza) 1,5-2 godziny wolnego. Jeszcze w trakcie zajęć obserwowałem ze strachem i podziwem skocznie, na których mogłoby się wydarzyć coś…nie miałem jeszcze pojęcia co. W momencie rozejścia się grupy, poczułem, że nie mam wyjścia, to była ostatnia szansa żeby moje marzenie się ziściło. Ostatnia szansa, żeby wyjechać z tego miejsca spełnionym, a nie pełnym goryczy i niezadowolenia z siebie. Skocznie, tam udałem się z moim już wcześniej wspomnianym kuzynem. Cieszyłem się, że jest ze mną. Nie mówiłem mu o swoich planach, ale sama jego obecność dodawała mi otuchy. Na skocznie dostaliśmy się wyciągiem krzesełkowym, z którego widać było, jak na dłoni, cały obiekt. Przyznam szczerze, że z góry hopki wyglądały na mniejsze i mniej straszne. Pierwszy przejazd w dół, pierwsza decyzja o skoku, wstrzymałem oddech, jeszcze raz wyobraziłem siebie w powietrzu, odwodzącego głowę w tył, wypychającego narty w górę. „obserwuj lądowanie” powtarzałem w myślach. Ruszyłem!, zacząłem się rozpędzać i tak jak wzrastająca prędkość, tak wprost proporcjonalnie malała moja odwaga i szanse na to, że się uda. W ostatnim momencie zrezygnowałem z salta, wyskoczyłem, ale bez żadnej ewolucji. Uczucie porażki było duże, ale strach był jeszcze większy, zupełnie mnie paraliżował. Mój kuzyn, choć nie wtajemniczony w mój sekretny plan, szybko domyślił się, że coś jest nie tak, gdy przejeżdżając na krzesełkach, obserwowałem zauroczony i przerażony zarazem skocznie. Zapytał, co chcę tak naprawdę zrobić, a kiedy mu odpowiedziałem, zapytał, czy jestem tego pewien. Do momentu skoku zawsze byłem pewien, a jak przychodziło co do czego… dupa. I tak wjechaliśmy na skocznie 2 razy i nic się nie działo. To było bardzo frustrujące. Zawsze chciałem to zrobić, a teraz, jak już wiedziałem gdzie i kiedy, wstyd przyznać, ale się bałem. Przy trzecim wjeździe powiedziałem mu, że to przedostatnia próba, ale już wtedy wiedziałem, że jak teraz nie spróbuję, to następnym razem też mi się nie uda. Wjechałem na górę, stanąłem w wyznaczonym miejscu. Do tego momentu wyobraziłem już sobie wszystkie możliwe krzywdy, kontuzje, problemy i nieprzyjemności związane z niepowodzeniem. Może poczekam na lepsze warunki, może nie warto, skoro po skoku będę przez resztę życia sparaliżowany, może kontuzja uniemożliwi mi uprawianie sportów. Strach - słowo tak głębokie, tak znaczące! Przybierało postacie ludzkie, przyjaciół, rodziny, która, najgorliwiej jak tylko mogła, odradzała mi tą głupotę. Nie ryzykuj, nie warto. Wtedy poczułem jak mój strach zamyka mnie w swoim ciemnym, wilgotnym opuszczonym lochu. Poczułem się kompletnie sam, przerażony, myślałem, że się rozpłaczę z bezsilności. Ale przecież nie byłem bezsilny. Wiedziałem tylko, że nie mogę się rozkleić, musiałem ruszyć, bo przegrywałem to starcie ze sobą. I tak jak poprzednim razem, im szybciej jechałem tym mniej wierzyłem, że mi się uda, aż pod koniec kiedy zostało już tylko parę metrów do wyskoku, wiedziałem, że mi się nie uda. Wiedziałem…hmmm, czy to dobre słowo, nie wiem co się wtedy dokładnie ze mną stało. To tak jakbym w ostatniej chwili, kiedy miałem się poddać, skapitulować, w najrówniejszej walce z samym sobą, zrozumiałem, że nie mam innego wyjścia, porażka nie była opcją, tak jakbym przyznał, że strach może mnie pokonać, gdybym się poddał, byłbym po prostu nieszczęśliwy. Ta jedna myśl, to jakby ktoś dorzucił grosik na jeden z tonowych odważników w idealnej równowadze na równoważni. To przeważyło. Odchyliłem głowę na wyskoku, to wszystko co pamiętam, bo reszta działa się już poza moją kontrolą, nie obserwowałem lądowania, nie jestem nawet pewien czy w trakcie skoku nie zamknąłem z przerażenia oczu, w mgnieniu oka znalazłem się z powrotem na nartach… cały, zdrowy…jechałem, ustałem…ustałem salto w tył na nartach…Na początku była ulga, dopiero potem radość i łzy szczęścia, no, jedna łezka ;). Było warto.
Gorąco pozdrawiam,
Max