top2 strona-glowna
03.11.2007
Wczorajszy dzień był długi i dramatyczny. Piszę o tym teraz, bo wczoraj po prostu nie było czasu na relację, a to z powodu wypadku, który mógł stać się tragedią. Jak zwykle, rozpocząłem dzień intensywnie. Tak jak pisałem w poprzedniej relacji, nie mogłem się doczekać pierwszej fali, z której mógłbym wyskoczyć na krótkiej desce i wykonać front loop’a. Wiało ok. 30 węzłów, więc bez wahania wypłynąłem z kolegami na żaglach 4.5 m2. Po dwóch godzinach fantastycznego pływania, gdy już dopłynęliśmy do brzegu, okazało się, że jednego z nas nie ma i od godziny nikt nie widział go na wodzie… przypomnę, że prąd dochodzi tu, na taryfie, do 60 metrów na minutę. Przez godzinę mógł zdryfować nawet 3,5 km!. Sytuacja stała się naprawdę poważna, gdy nikt nie mógł zlokalizować miejsca, w którym ostatni raz widziano Michała. Było jeszcze gorzej, gdy zrozumieliśmy, że zachód słońca nie będzie czekał na zakończenie akcji poszukiwawczej, w którą była już zaangażowana hiszpańska straż przybrzeżna. Dzieliły nas już tylko minuty od zupełnych ciemności… Bez najmniejszego pojęcia gdzie można by było go szukać, bez informacji, co mogło się przytrafić chłopakowi, z perspektywą dalszych poszukiwań w nocy nie miałem wątpliwości, że nie musi się to zakończyć Happy Endem…
Okazało się jednak, że mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu i zaginiony ostatecznie dał radę o własnych siłach dostać się do brzegu oddalonego od miejsca wypłynięcia o 14 kilometrów. Podczas tej „podróży” musiał pozbyć się części sprzętu, który uniemożliwiał mu swobodne wiosłowanie na samej desce.
Traumatyczne doznanie zapadnie mi w pamięci. Mam nadzieję, że doświadczenie, które wyniosłem z tej lekcji zapobiegnie w przyszłości sytuacjom takim jak ta…
Pozdrawiam,
Max